To była krótka noc. Wieczorem po pracy jeszcze kończyłem pakowanie, a kolejnego dnia o godzinie 5:30 mieliśmy już być na dworcu autobusowym. Jakoś po godzinie 3 nad ranem, czy jak kto woli w nocy, dzwoni budzik. Trzeba się podnieść, przygotować szybkie śniadanie, dopakować ostatnie rzeczy do plecaka i wyruszyć na pierwszy, miejski autobus. Autobus który dowozi mnie na Dworzec Autobusowy. Tam jakieś niecałe pół godziny oczekiwania i przyjeżdża drugi autobus, który w siedem i pół godziny ma nas zawieźć w Bieszczady, do Ustrzyk Górnych. Niestety ze względu na korki na trasie, z siedmiu i pół godziny zrobiło się prawie osiem i pół.

Na miejscu jesteśmy grubo po 13stej. Wchodzimy do schroniska Kremenaros gdzie dostajemy miejsce na polu namiotowym za 25zł/os. Jak usłyszałem tą kwotę to trochę mnie zmroziło. W schronisku nie było już miejsc, gleby rzekomo nie udzielają, mimo, że są schroniskiem PTTK. Te 25zł obejmowało więc jedynie kawałek ziemi, jakieś 3m kw. i teoretycznie dostęp do łazienki i kuchni turystycznej. Kuchnia turystyczna okazała się być jednak tylko czajnikiem a w łazience śmierdziało zbuczymi jajami.

Co mnie zszokowało w Bieszczadach, zaraz po samym przyjeździe, to to, jak bardzo te góry zmieniły się w przeciągu ostatnich kilkunastu lat. Ostatnio byłem tu ponad 10 lat temu, jednak zapamiętałem te góry jako raczej puste, dzikie, naturalne. Fakt, zazwyczaj bywałem tu poza głównym sezonem, ale to jak bardzo komercja wkradła się w tą część Polski mocno mnie zdziwiło. Ustrzyki, które kiedyś zapamiętałem jako puste, małe miasteczko z kilkoma domami, teraz tętniło życiem. Co chwila grupki turystów z plecakami maszerowały to w jedną, to w drugą stronę. Obok sklepu rozstawione stragany z pamiątkami. To nie ta miejscowość, którą miałem w pamięci. Ale takie koleje losu, zmian nie da się zatrzymać. Małe przydrożne parkingi stały się wielkimi, wybetonowanymi placami pełnymi samochodów a puste szlaki pod względem liczby osób zaczęły przypominać tatrzańskie percie.

Szybko rozbijamy namiot, wypakowujemy z plecaka zbędny ekwipunek i szykujemy się do wyjścia. Jeszcze tego samego dnia chcemy przejść pierwszy odcinek GSB, pętelkę z Wołosatego do Ustrzyk Górnych. Wyjdziemy po 14stej więc mamy świadomość, że przyjdzie nam wracać po zmroku, dlatego też decyduję się odwrócić kierunek przejścia i zacząć w Ustrzykach, a skończyć w Wołosatym. Dzięki temu zabiegowi na końcu zostanie nam do przejścia odcinek nudnym asfaltem, który nawet przy świetle czołówek nie powinien stanowić problemów orientacyjnych, a nie ścieżka prowadząca środkiem lasu.

Zostawiając zbędny balast w namiocie, szybkim, sprawnym tempem ruszamy z Ustrzyk w kierunku Tarnicy. Przez Szeroki Wierch sprawnie osiągamy przełęcz pod Tarnicą, i choć sam najwyższy szczyt polskiej części Bieszczad nie leży na Głównym Szlaku, decydujemy się na jego zdobycie. Z przełęczy pod Tarnicą na jej szczyt (1.346 m.n.p.m) prowadzi krótki (ok. 10 min podejścia), żółty szlak dojściowy. Tutaj chwila odpoczynku, kilka zdjęć i ruszamy dalej. Przed nami jeszcze niewiele tylko niższy Halicz (1.333 m.n.p.m) i Rozsypaniec (1.262 m.n.p.m).

Przy zejściu z Tarnicy, tuż przed Przełęczą Goprowską trafiamy na dwie pasące się łanie. Dalej czeka nas trawers Krzemienia i niewielkie podejście na Halicz. Tutaj jest już spokojnie. Na szczycie Tarnicy tłumy turystów, a tu nie ma żywej duszy. Szczyt, choć o 13 metrów niższy, to nadrabia widokami. Jak dla mnie jest tu chyba zdecydowanie piękniej niż na Tarnicy. I te wszechobecne wszędzie dookoła łańcuchy górskie. Tak właśnie pamiętałem Bieszczady, gdzie nie spojrzysz, wszędzie góry, i choć wioski są gdzieś tam u ich podnóża, to ze szczytów praktycznie ich nie widać. Mało jest takich miejsc w innych górach, gdzie możesz stanąć w dowolnym miejscu, rozejrzeć się dookoła i nie dostrzec żadnych śladów cywilizacji. 

widok z Halicza na Tarnicę
widok z Halicza na Tarnicę

Na zejściu z Halicza przez Rozsypaniec słońce zaczyna chylić się ku zachodowi. Na przełęcz Bukowską schodzimy jeszcze w ostatnich promieniach słonecznych. Tu spotykamy dwójkę turystów. Nie robimy jednak dłuższej przerwy i ruszamy dalej, drogą do Wołosatego. 

Po drodze mijamy jeszcze sporą grupę innych turystów, którzy w dużo wolniejszym od nas tempie schodzą na dół. Teraz jest już całkiem ciemno. Nie wyciągamy jednak czołówek, bo wzrok przyzwyczaił się do zmroku a teren tego nie wymaga. 

W pewnym momencie coś w krzakach obok ścieżki daje o sobie znać. Sądząc po odgłosie łamanych gałęzi było to coś nieco większego, a w każdym razie cięższego. Po chwili słychać plusk wody i to coś jest już po drugiej stronie rzeki. Czym było to coś, nie wiem. Może lepiej nie wiedzieć...

W Wołosatym docieramy do drogowskazu z namalowana czerwoną kropeczką. To tutaj oficjalnie zaczyna się Główny Szlak Beskidzki, aby go pokonać trzeba połączyć ze sobą dwie takie czerwone kropeczki, na początku i na końcu czerwonego szlaku, oddalone od siebie o około 500 kilometrów.

Z Wołosatego do Ustrzyk na szczęście udaje się złapać stopa... Ten odcinek nie jest już częścią szlaku, więc z czystym sumieniem możemy skorzystać z podwózki.