W Jimani kierowca guagau odwozi nas na miejsce, gdzie jak twierdzi nie powinniśmy mieć problemów ze złapaniem guagua do La Descubierty. Stoimy przy szosie w granicznym miasteczku, pomiędzy posterunkiem policji za naszymi plecami a jakimś hotelikiem przed nami. Dla pewności pytam jeszcze miejscowych, czy tędy jeżdżą guagua do La Descubierty. Potwierdzają, jesteśmy więc we właściwym miejscu.

Po chwili dosiada się do nas jakiś mężczyzna. Pyta, gdzie jedziemy ? Mówi, że za 15min jest guagua i on też na nie czeka. Mija 15 min....mija pół godziny i nic. Mężczyzna w końcu traci cierpliwość i zaczyna łapać stopa machając gdy tylko nadjeżdża jakiś samochód. Nic nie chce się zatrzymać. W końcu gdzieś się ulatnia. My czekamy dalej.

Znowu zbiera się coraz więcej osób, więc jest szansa, że coś przyjedzie. Wszyscy czekają....czekają.... . W końcu pojedyncze osoby gdzieś odchodzą, inni próbują łapać okazję, a busu jak nie było tak nie ma. Mijają kolejne godziny a my tkwimy w tym samym miejscu. Nawet Lena, u której mamy dzisiaj spać, dzwoni zaniepokojona, że jeszcze nas nie ma.

W głowie kłębią się różne pytania. Czy stoimy we właściwym miejscu ?, Czy może lepiej pójść gdzieś w kierunku centrum ?, może tam zatrzymują się guagua ? Ale z drugiej strony przecież wszyscy potwierdzają, że stoimy we właściwym miejscu. Miejscowy zresztą też tu czekają, a oni chyba wiedzą co robią. Zbiera się kolejna grupka osób czekających na transport. Jakieś Haitanki z dużymi workami, w których pewnie mają swoje plony, jakiś mężczyzna oraz kobieta z dzieckiem na rękach. Mówi, że to jej wnuczek, że chcą dojechać do Boca de Cachon. To mniej więcej w połowie drogi do La Descubierty.

C.d.n


*Zdjęcia własnego autorstwa